Caroline Janice Cherryh        Przybysz

    . Księga 3 . Rozdział 1 .    

   Powietrze przepływało leniwie obok otwartej kraty ogrodowej, ciężkie od zapachu kwitnących nocą pnączy rosnących na zewnątrz sypialni. O'oi - ana cykała, zapowiadając deszcz, a Bren leżał, nie śpiąc i rozmyślając, że gdyby był mądry, to by wstał, żeby przed zaśnięciem zamknąć kratę i drzwi. Wiatr się zmieni. Morskie powietrze ochłodzi pokój. Żeby wpuścić je do środka, wystarczą wywietrzniki. Była to jednak letargiczna, parna noc i Bren czekał na conocną zmianę wiatru ze wschodniego na zachodni, czekał jeszcze; kiedy pierwsze błyskawice rzuciły na powiewający muślin firanki cień kraty.

   Poszczególne jej elementy miały kształty Losu i Przypadku, baji i naji. Cień pnączy poruszał się na wietrze, który w końcu wydął firankę, obiecując zelżenie upału.

   Następny błysk oświetlił sylwetkę atevy stojącego na tarasie, niczym niespodziewanie przeniesiona tam statua. Brenowi na moment przestało bić serce, kiedy zobaczył cień na białym, falującym muślinie, na tarasie, gdzie nikogo nie powinno być. Na chwilę znieruchomiał, a potem zsunął się z łóżka.

   Kolejna błyskawica oświetliła otwierającą się szerzej kratę i intruza wchodzącego do pokoju.

   Bren wsunął rękę pod materac i wyciągnął ukryty tam pistolet. Oparł ręce na łóżku, jak nauczył go tego aiji, i pociągnął za spust. Odrzut broni sprawił, że stracił czucie w dłoniach, a błysk zupełnie go oślepił. Z czystego przerażenia wystrzelił drugi raz w oślepły mrok i dzwoniącą ciszę.

   Potem nie mógł się poruszyć. Nie mógł złapać tchu. Nie słyszał, żeby ktokolwiek upadł. Pomyślał, że spudłował. Białe, cienkie firanki powiewały w orzeźwiającym wietrze, który hulał po jego sypialni.

   Ręce, którymi ściskał pistolet, zdrętwiały. Był głuchy na dźwięki cichsze od grzmotu, cichsze od szczęku skobla na drzwiach do sypialni - pomyślał, że to klucze ochrony.

   Ale niekoniecznie. Przetoczył się tak, że plecami opierał się o bok łóżka i kolanami ścisnął wyprostowane ręce, celując bronią w środek drzwi, które otworzyły się z trzaskiem. Światło i cień uderzyły go w twarz.

   Strażnicy aijiego nie tracili czasu na pytania. Jeden z nich podbiegł do kraty i wybiegł na podwórze, w padający deszcz. Drugi - pozbawiona twarzy, błyskająca iskierkami metalu ciemność - pochylił się nad nim i wyjął mu broń z dłoni.

   Pojawili się inni strażnicy, a Banichi - to jego głos dobiegał z góry - odebrał mu broń.

    - Przeszukać teren! - rozkazał Banichi. - Zajmijcie się aijim!

   - Czy Tabiniemu nic się nie stało? - zapytał Bren roztrzęsionym głosem. - Czy nic mu się nie stało, Banichi?

   Banichi jednak mówił coś do kieszonkowego komunikatora, wydając kolejne rozkazy, głuchy na jego pytanie. Aijiemu na pewno nic się nie stało, powiedział sobie w duchu Bren, bo inaczej Banichi by tu nie stał i nie rozmawiałby tak spokojnie ze strażnikami pełniącymi służbę na zewnątrz. Usłyszał, jak Banichi wydaje rozkazy, a potem głos mówiący, że nic nie przedostało się na dach.

   Był przerażony. Wiedział, że ta broń została przemycona. Banichi o tym wiedział i mógł go zaaresztować - tego się bał, ale kiedy Banichi skończył z radiem, chwycił go za nagie ramiona i posadził na łóżku.

   Przez drzwi do ogrodu wrócił drugi strażnik - to była Jago. Zawsze pracowała z Banichim.

    - Jest krew. Dałam znać bramie.

   A więc kogoś postrzelił. Jago znów zniknęła, a on zaczął się trząść. Banichi zapalił światło i wrócił: czarny ateva o gładkiej skórze, ze zwężonymi żółtymi oczyma i ciężką szczęką zaciśniętą w grymasie gniewu.

    - Pistolet dał mi aiji - odezwał się Bren, zanim Banichi zdążył go oskarżyć. Banichi stał, patrząc na niego i w końcu rzekł:

    - To mój pistolet.

   Bren nic nie rozumiał. Siedział pokryty gęsią skórką, więc naciągnął na siebie koc. Słyszał hałas w ogrodzie, Jago krzyczącą coś do innych strażników.

    - To mój pistolet - powiedział z mocą Banichi. - Czy są co do tego jakieś wątpliwości? Zbudził cię jakiś hałas. Ja zaczaiłem się na zabójcę. To ja wystrzeliłem. Co widziałeś?

    - Jakiś cień. Cień przemykający między firankami. - Kolejny napad dreszczy. Wiedział, jak głupio postąpił, strzelając prosto w kratę. Kula mogła wpaść przez ogród do kuchni. Mogła odbić się od ściany i trafić kogoś śpiącego w innym apartamencie. W dłoniach i uszach wciąż czuł wystrzał, mocny jak unoszący się w powietrzu zapach prochu, który tu, w tym pokoju, był nie na miejscu...

   Zaczęła się ulewa. Banichi skontaktował się przez swój kieszonkowy komunikator z poszukiwaczami i centralą, kłamiąc, że to on wystrzelił, widząc intruza zmierzającego do pokoju paidhiego; nie, paidhi nie jest ranny, tylko przestraszony i jeśli aiji nie słyszał strzałów, to nie trzeba go budzić. Straż powinna jednak zostać podwojona, a poszukiwania rozszerzone na południową bramę, zanim, powiedział Banichi, deszcz zmyje ślady.

   Banichi wyłączył się.

    - Dlaczego przyszli tutaj? - zapytał Bren. Rozumiał, że to zabójcy, ale żeby jakiś zwykły zabójca pojawił się w kompleksie mieszkalnym, gdzie wszędzie są strażnicy, gdzie śpi aiji otoczony setkami gorliwych obrońców - czegoś takiego nie zrobiłby nikt będący przy zdrowych zmysłach.

   I żeby zabić jego, Brena Camerona, kiedy aiji jest u szczytu potęgi, a wszyscy nai'aijiin są w swoich domach i go wspierają? Gdzie tu sens? Gdzie tu korzyść dla kogoś przy zdrowych zmysłach?

    - Nadi Bren. - Banichi stał nad nim ze skrzyżowanymi ramionami, patrząc z góry, jakby miał do czynienia z jakimś nierozgarniętym dzieckiem. - Co takiego widziałeś?

    - Powiedziałem ci. Tylko cień wychodzący spomiędzy firanek. - Nacisk, z jakim padło pytanie, przestraszył go. Może mu się coś śniło. Może postawił na nogi cały dom i zaalarmował strażników z powodu jakiegoś koszmaru. Wszystko się działo na krawędzi snu, a wtedy przecież nigdy nie wiadomo z całą pewnością, co się widzi.

   Ale była tam krew. Tak powiedziała Jago. Kogoś jednak postrzelił.

    - To ja wystrzeliłem - rzekł Banichi. - Wstań i umyj ręce, nadi. Umyj je dwa lub trzy razy. I nie otwieraj drzwi do ogrodu.

    - Ale to tylko szkło - zaprotestował Bren. Do tej pory czuł się bezpieczny. Aiji dał mu pistolet przed dwoma tygodniami. Aiji nauczył go posługiwać się nim, sam aiji w jego posiadłości w Taiben. Nikt nie mógł o tym wiedzieć, nawet Banichi, a już na pewno nie zabójca - jeśli to najście mu się nie przyśniło, jeśli właśnie nie postrzelił jakiegoś niewinnego sąsiada, który wyszedł zaczerpnąć świeżego powietrza w parną noc.

    - Nadi - powtórzył Banichi - idź umyć ręce.

   Nie mógł się poruszyć, nie potrafił stawić czoła przyziemnym sprawom ani zrozumieć, co się stało, ani dlaczego - na litość boską, dlaczego aiji dał mu taki niesłychany i niepokojący prezent, poza tym, że miał ogólne przeczucie czegoś złego, a strażnicy pilniej niż zwykle sprawdzali przepustki i trzymali się przepisów...?

   Tyle że Tabini - aiji powiedziął: "Trzymaj go pod ręką". A on bał się, żeby służący nie znaleźli go w jego pokoju.

    - Nadi.

   Banichi był na niego zły. Wstał, nagi i roztrzęsiony, i poszedł po dywanie do łazienki, czując coraz większe mdłości.

   Ostatnie kroki zmieniły się w bieg do toalety. Ledwo zdążył opróżnić żołądek, co było dość upokarzające, ale nic nie mógł na to poradzić - odzyskał oddech i spuścił wodę po trzech bolesnych skurczach.

   Było mu wstyd i czuł do samego siebie obrzydzenie. Nalał do umywalki wody i mył się, tarł i szorował, aż na dłoniach nie został ani ślad zapachu prochu, zastąpiony świeżym aromatem mydła i środków ściągających. Pomyślał, że Banichi pewnie już wyszedł albo wezwał nocnych służących, żeby posprzątali w łazience.

   Kiedy jednak wyprostował się, żeby sięgnąć po ręcznik, zobaczył w lustrze odbicie Banichiego.

    - Nadi Bren - powiedział Banichi z powagą. - Zawiedliśmy cię dzisiaj.

   To bolało, naprawdę zabolało, szczególnie z ust Banichiego, który nigdy by się tak nie upokorzył. Bren wytarł twarz i ociekające wodą włosy, a potem musiał spojrzeć Banichiemu w oczy, w jego czarne, żółtookie oblicze równie obojętne i potężne, co wyrzeźbiony wizerunek bóstwa.

    - Byłeś odważny - znów powiedział Banichi i Bren Cameron, potomek astronautów, przedstawiciel sześciu pokoleń siłą przywiązanych do ziemi w świecie atevich, odebrał to jak uderzenie potężnej dłoni Banichiego.

    - Nie zabiłem go. Ktoś biega tam z bronią albo...

    - My go nie zabiliśmy, nadi. Zabić go to nie twoja sprawa. Czy zwracał się do ciebie ktoś niezwykły? Czy widziałeś może coś dziwnego?

    - Nie.

    - Skąd wziąłeś broń, nadi?

   Czy Banichi uważa, że on kłamie?

    - Dał mi ją Tabi...

    - Z jakiego miejsca ją wziąłeś? Czy ta osoba poruszała się bardzo powoli?

   Zrozumiał, o co pyta go Banichi. Owinął się ręcznikiem w pokoju, w którym hulał burzowy wiatr, było zimno. Usłyszał przetaczający się nad miastem grzmot.

    - Spod materaca. Tabini powiedział, żebym trzymał go na podorędziu. I nie wiem, jak szybko się poruszał, to znaczy ten zabójca. Zobaczyłem tylko cień, zsunąłem się z łóżka i chwyciłem pistolet.

   Banichi leciutko uniósł brew.

    - Za dużo telewizji - powiedział z kamienną twarzą i ujął go za ramię. - Wracaj do łóżka, nadi.

    - Banichi, co się tu dzieje? Dlaczego Tabini dał mi broń? Dlaczego powiedział mi...?

   Uścisk się wzmocnił.

    - Wracaj do łóżka, nadi. Nikt ci już nie będzie przeszkadzał. Zobaczyłeś jakiś cień. Zawołałeś mnie. Ja wystrzeliłem dwa razy.

   - Mogłem trafić w kuchnię!

    - Najprawdopodobniej jeden ze strzałów trafił. Pamiętaj z łaski swojej, nadi - ji, że kule mają duży zasięg. Czy to nie ty nas tego uczyłeś? Proszę.

   Ku wielkiemu zaskoczeniu Brena, Banichi wyciągnął z kabury własny pistolet.

    - Włóż go pod materac - rzekł Banichi i zostawił go samego. Wyszedł z sypialni do holu, zamykając za sobą drzwi.

   Bren usłyszał trzask zapadki. Stał golusieńki z pistoletem Banichiego w dłoni i wodą kapiącą na podłogę z jego długich, mokrych włosów.

   Podszedł do łóżka i wepchnął pistolet pod materac, tam, gdzie poprzednio ukrył prezent od Tabiniego, z nadzieją, że Jago wybierze sobie inną drogę powrotną, zamknął kratę i szklane drzwi, odgradzając się od zimnego wiatru i ratując firanki oraz dywan przed deszczem.

   Zagrzmiało. Bren był przemarznięty. Bez przekonania spróbował wygładzić pościel, po czym wyciągnął z szafy grubą szatę, owinął się w nią, zgasił światło i z trudem wśliznął się pod splątane koce. Wstrząsany dreszczami zwinął się w kłębek.

   Dlaczego ja? To pytanie nie dawało mu spokoju, zapytał też samego siebie, czy może stanowić dla kogokolwiek tak skrajne zagrożenie, żeby ta osoba aż ryzykowała życie, by się go pozbyć. Nie wierzył, że mógł się znaleźć w takiej sytuacji i ani razu nie dostrzegł najmniejszych oznak takiej całkowitej zawodowej porażki.

   Może zabójca uznał go za najbardziej bezbronnego mieszkańca apartamentów ogrodowych, a jego otwarte drzwi wydały mu się najwygodniejszą drogą do kogoś innego, może do wewnętrznych korytarzy i samego Tabiniego?

   Było jednak tylu strażników. To był szalony plan, a wynajmowani zabójcy nie byli szaleni ani skłonni do podejmowania takiego ryzyka.

   Zabójca po prostu mógł pomylić pokoje. W pomieszczeniach gościnnych na górnym tarasie ogrodu mógł zostać umieszczony ktoś ważny. Bren nic o tym nie słyszał, ale w przeciwnym wypadku wokół ogrodu przebywali jedynie strażnicy, sekretarze, szef kuchni i rachmistrz - no i on sam - a nikt z tych osób nie był postacią wzbudzającą kontrowersje.

   Ale Banichi zostawił mu w zamian za pistolet aijiego, z którego wystrzelił, swój własny. Zrozumiał - teraz, dlaczego Banichi zabrał pistolet od Tabiniego i dlaczego kazał mu umyć ręce: gdyby szef bezpieczeństwa ogólnego nie uwierzył w sprawozdanie Banichiego i gdyby chciał przesłuchać paidhiego oraz poddać go badaniom w policyjnym laboratorium.

   Miał szczerą nadzieję, że zostanie mu to oszczędzone. Poza tym szef bezpieczeństwa nic na niego nie miał - nie miał żadnego powodu do przesłuchiwania go, skoro to właśnie on był potencjalną ofiarą zbrodni, ani powodu podawania w wątpliwość sprawozdania Banichiego, ponieważ pod pewnymi względami Banichi stał wyżej od samego szefa bezpieczeństwa.

   Ale... kto chciałby się włamywać do jego pokoju? Ciągle wracał myślą do tego pytania i do niepokojącego faktu, że Banichi zostawił mu inny pistolet. To było niebezpieczne. Ktoś mógł zechcieć go przesłuchać. Ktoś mógł przeszukać jego pokój i znaleźć broń, której pochodzenie z pewnością zostałoby wykryte. Podniósłby się wielki krzyk. Czy Banichi postąpił rozsądnie? Czy Banichi w jakiś sposób się poświęcał, czego Bren by nie chciał, i to za to, co Bren mógł spowodować?

   Przyszło mu nawet do głowy, czy by nie zakwestionować prawości Banichiego - ale Banichi i jego młodsza partnerka Jago byli jego ulubieńcami spośród osobistych ochroniarzy Tabiniego. Otaczali go szczególną opieką, zarazem codziennie stojąc tuż obok Tabiniego, zdolni do wyrządzenia mu każdej krzywdy, gdyby tylko zechcieli - nie mówiąc już o wiele łatwiejszym do zastąpienia człowieku.

   Boże, nie - podejrzewać ich, to głupota. Banichi nie pozwoliłby, żeby coś mu się stało. Banichi kłamałby dla niego w żywe oczy. Podobnie jak Jago dla dobra Tabiniego. Bren był paidhim, Tłumaczem, i aiji go potrzebował. To był wystarczający powód dla każdego z nich. Tabini - aiji potraktowałby to, co się stało, bardzo poważnie, Tabini natychmiast wszcząłby śledztwo, spowodował wielki zamęt...

   A on, do cholery, nie chciał, żeby cała cytadela stanęła z tego powodu na uszach. Nie chciał rozgłosu ani nie chciał znaleźć się w centrum atewskiej waśni. Rozgłos szkodził jego pozycji wśród atevich. Kompletnie niszczył skuteczność jego działań, szczególnie gdy do jego osobistych wpływów wkraczała polityka, a polityka na pewno w tej sprawie się pojawi polityka do niej wkroczy w momencie, gdy pokażą ją w telewizyjnych wiadomościach. Każdy będzie miał jakieś zdanie, każdy będzie miał własną teorię, a to mogło jedynie zaszkodzić jego pracy.

   Skulił się w wyziębionej pościeli, usiłując odzyskać klarowność umysłu, ale pusty żołądek nie pozwalał mu się skupić, a zapach prochu przyprawiał o mdłości. Gdyby poprosił o coś na uspokojenie nerwów, nocny personel przyniósłby mu wszystko, czego chciał albo o co poprosiliby w jego imieniu służący, ale biedni Moni i Taigi prawdopodobnie już zostali wyrwani ze snu dziwacznymi pytaniami: "Czy strzelaliście do paidhiego? Czy zostawiliście jego drzwi otwarte?".

   Służba bezpieczeństwa pewnie przeglądała listę zatrudnionych, wzywając cały personel nocny i każdego, z kim miał do czynienia - jakby ktokolwiek w tym całym skrzydle mógł teraz spać. Strzały na pewno było słychać na wzgórzu i na dole w mieście, linie telefoniczne były prawdopodobnie zablokowane, ruch na stacji kolejowej z całą pewnością będzie mocno ograniczony aż do porannego szczytu przewozowego... Nie świadczyło to wcale o wadze jego osoby: Bren widział już, co się dzieje, kiedy wybucha alarm wśród służby bezpieczeństwa Tabiniego.

   Zachciało mu się gorącej herbaty i krakersów. Gdyby jednak kogoś o nie poprosił, to jego wysłannik, plączący się po korytarzach, które służba bezpieczeństwa usiłowała przeszukać, tylko utrudniłby jej zadanie.

   Tymczasem o szyby uderzał deszcz. Było coraz mniej prawdopodobne, że złapią zabójcę.






   Moni i Taigi przyszli rano z wózkiem śniadaniowym - oraz wiadomością z centrali personelu, że Tabini - aiji chce się z nim widzieć podczas porannej audiencji.

   Nic dziwnego. Spodziewając się wezwania, Bren jeszcze przed świtem wziął prysznic, ogolił się i ubrał bez niczyjej pomocy - to znaczy włożył swoje zwykłe miękkie spodnie i koszulę i sam zaplótł sobie warkocz. Przed ich przyjściem włączył telewizor, żeby wysłuchać porannych wiadomości: bał się, że sprawa może być już szeroko znana, lecz ku swemu zdumieniu nie usłyszał żadnej wzmianki o zajściu, a jedynie sprawozdanie o nocnej burzy, która sprowadziła na okręg Shigi grad oraz uszkodziła dachówki w Wingin, po czym przeniosła się, przy wtórze grzmotów, nad otwarte równiny.

   Był dziwnie rozczarowany, wręcz obrażony tym milczeniem. Jeśli do pokoju człowieka wdzierają się zabójcy, to - mimo szczerej chęci zachowania anonimowości - miał jednak prawo spodziewać się potwierdzenia, że do posiadłości aijiego wtargnął intruz - mogli przecież wypuścić taką przefiltrowaną informację albo jeszcze lepiej, powiedzieć, że intruz znajduje się w rękach aijiego i jest przesłuchiwany.

   Nic z tych rzeczy - przynajmniej w wiadomościach telewizyjnych, a Moni i Taigi podali śniadanie bez jednego pytania czy słowa komentarza o wydarzeniach w apartamencie ogrodowym zeszłej nocy, nie pytając też o ręczniki zaścielające podłogę w łazience. Po prostu przynieśli wiadomość z centralnego biura personelu, przyjęli do wiadomości nieład panujący w apartamencie, zdając się go nie zauważać, i w żaden sposób nie dali do zrozumienia, że coś jest nie w porządku, czy że po korytarzach krążą jakieś plotki.

   Zeszłej wiosny drugi dziedzic prowincji Talidi zabił w wodnym ogrodzie swego dalekiego krewnego podczas sprzeczki o antyczną broń palną i korytarze kompleksu rozbrzmiewały tą sprawą przez kilka dni.

   Ale nie tego ranka. "Dzień dobry, nand' paidhi, jak się czujesz, nard' paidhi? Jeszcze jagód? Herbaty?".

   I w końcu odezwał się ze spuszczonym wzrokiem Moni, który rzadko miał coś do powiedzenia:

   - Bardzo się cieszymy, że nic ci się nie stało, nard' paidhi.

   Przełknął kawałek owocu. Zadowolony.

   Ugłaskany.

   - Czy słyszeliście zeszłej nocy bieganinę?

   - Obudził nas strażnik - odpowiedział Taigi. - Dopiero wtedy dowiedzieliśmy się, że coś jest nie w porządku.

   - Nic nie słyszeliście?

   - Nie, pand' paidhi.

   Przypuszczał, że przy tych wszystkich błyskawicach, grzmotach i ulewnym deszczu wystrzał mógł zabrzmieć dziwnym echem, szczególnie że wokół wzgórza hulał wiatr, a broń wypaliła wewnątrz pokoju, a nie na dworze. Postać stojąca zeszłej nocy w drzwiach nabrała dla Brena cech snu, koszmarnego wydarzenia, którego szczegóły zmieniły się i zmniejszyły. Całkowite milczenie jego służących na temat incydentu zaniepokoiło go, a nawet podało w wątpliwość jego pamięć... nie mówiąc już o jego rozumieniu najbliższych mu atevich czy też oczekiwaniach, jakie względem nich żywił.

   Z przyjemnością wysłuchał rozsądnego wyjaśnienia. A zatem echo nie dotarło do apartamentów służby leżących niżej na stoku wzgórza, tuż przy dawnych murach. Prawdopodobnie grzmot zagłuszył strzały. Być może w chwili, kiedy zaczynała się burza, a zabójca próbował wykonać swoje zadanie, zagrzmiało szczególnie głośno. Bren był ogłuszony wystrzałem, który brzmiał dla niego niczym trąby sądu ostatecznego, nie oznaczało to jednak, że wszyscy inni znajdowali się równie blisko.

   Moni i Taigi byli przynajmniej stosownie przejęci i Bren sądził, że, być może, zdumieni jego ludzkim' zachowaniem lub swoimi co do niego oczekiwaniami, nie bardzo wiedzieli, co jeszcze powiedzieć. Zupełnie inaczej zbierało się plotki, znajdując się w samym środku wydarzeń. Wszelkie informacje, szczególnie w sytuacji zagrożenia życia, stawały się ważne; sprawianie wrażenia, że coś się wie, stwarzało możliwość oficjalnych pytań, a nikt rozsądny z otoczenia Brena nie chciał rozpuszczać plotek - podobnie jak on sam nie życzył sobie żadnych spekulacji na jego temat ze strony służących, którzy mogli mieć jakieś informacje.

   Moni i Taigi też nie chcieliby usłyszeć kolejnego stukania do drzwi i znosić drugiej kolejki nocnych pytań. Mówiąc klasycznym językiem, zdrada i służba szły w atewskich dramatach ręka w rękę. To było idiotyczne, co jednak nie oznaczało, że nie odczują brzemienia podejrzliwości lub strachu, który Bren doskonale rozumiał, przed nieokreślonymi oskarżeniami, w odparciu których nie mógł im pomóc żaden świadek.

    - Mam szczerą nadzieję, że to już koniec - powiedział Bren. - Bardzo mi przykro, nadiin. Ufam, że policja więcej się tu nie pojawi. Wiem, że jesteście uczciwi.

   - Jesteśmy ci głęboko wdzięczni za zaufanie - rzekł Moni, po czym obaj skłonili się. - Prosimy cię, bądź ostrożny.

   - Sprawą zajmują się Banichi i Jago.

   - To znakomicie - powiedział Taigi i postawił przed nim jajecznicę.

   Bren zjadł więc śniadanie, a potem włożył swój najlepszy letni kaftan, ten ze skórzanym kołnierzem i skórzanymi lamówkami z przodu.

    - Prosimy cię, nie ociągaj się w korytarzach - rzekł Taigi.

   - Macie moje słowo - odparł Bren.

   - Czy nie ma tu ochrony? - zapytał Moni. - Pozwól nam wezwać ochronę.

   - Żeby pójść do sali audiencyjnej? - Oni naprawdę się martwią, co dało się zauważyć, gdy tylko pękła tama milczenia. Brenowi zrobiło się jeszcze przyjemniej. - Zapewniam was, że nie ma takiej potrzeby. To pewnie był jakiś wariat chowający się gdzieś w beczce na zapasy. Mogli w samo południe zaatakować w wodnym ogrodzie pana Muridę - ale nie mnie. Zapewniam was. Przy krążącej wszędzie własnej ochronie aijiego... małe szanse. - Wziął klucz i włożył go do kieszeni spodni.

   Po prostu uważajcie na zamki. Przez kilka następnych dni, szczególnie od strony ogrodu.

    - Nadi - rzekli i znów się skłonili, z niepokojem, jak ocenił, który też odczuwali, kiedy do niego przyszli, tyle że oni nie ujawniali swych emocji. Atevi nigdy tego nie robili. Przypomniało mu to, że on też nie powinien okazać niepokoju. Wyszedł raźnym krokiem z pokoju...

   ...prosto na czarny mundur i, dobrze powyżej poziomu oczu, zmarszczoną atevską twarz.

   - Nand' paidhi - odezwał się oficer. - Mam cię odprowadzić do sali.

   - To zupełnie niepotrzebne - odparł Bren. Serce na chwilę przestało mu bić. Nie znał tego mężczyzny. Zabójca nie śmiałby jednak sfałszować tego munduru, choćby od tego zależało jego życie, więc Bren poszedł z oficerem. Weszli w korytarze kompleksu, minęli biurko stałego strażnika i wkroczyli do głównej bryły budynku, idąc zatłoczoną kolumnadą, gdzie dmuchał wiatr pachnący deszczem i porannym chłodem.

   Na starych murach blask słońca przeplatał się z cieniem: to mury obronne Bu - javid, cytadeli i kompleksu rządowego, rozłożonego na wysokim wzgórzu, górującym wyniośle nad miejskim rojowiskiem Shejidan. Leżące poniżej hotele i zajazdy na pewno są przepełnione. Odbywająca się co trzy lata publiczna audiencja, która zaczynała się tego ranka, sprowadziła do miasta setki prowincjonalnych władców oraz oficjeli z miast, miasteczek i okręgów. Przybyli tu koleją podziemną lub zwykłymi pociągami, a ostatnią milę wszyscy pokonywali pieszo, idąc z hoteli otaczających starodawny Bu - javid: tłumy z petycjami, wspinające się tarasową, wyłożoną kamieniami drogą, przechodzące przez ufortyfikowaną Bramę Obietnicy Sprawiedliwości i w końcu podążające ostatnią, szeroką, obsadzoną kwiatami aleją ku Podziewiętnym Odrzwiom: nieustający strumień wysokich, barczystych atevich o czarnej jak smoła skórze i lśniących, czarnych warkoczach. Niektórzy mieli na sobie bogate kaftany oblamowane złotem i atłasem, inni kaftany z prostych, wytrzymałych tkanin, choć na pewno były to ich najlepsze dworskie szaty. Zawodowi politycy tłoczyli się obok zwykłych rzemieślników, panowie z Patronatów obok niespokojnych, niewprawnych petentów, ściskających swoje zwinięte i związane petycje ozdobione kolorowymi wstążkami oraz bukieciki kwiatów, które zgodnie ze starym zwyczajem tej pory roku chcieli zostawić na stołach w foyer.

   Hol na końcu otwartej kolumnady pachniał niedawnym deszczem i kwiatami, rozbrzmiewając licznymi głosami: to spotykali się dawni znajomi, inni atevi ustawiali się w kolejkach do sekretarzy, na których biurkach, ustawionych w olbrzymim dolnym foyer, rosły sterty dokumentów i petycji.

   Dla bywalców człowiek przepychający się w drodze na dwór przez ten kłębiący się tłum stanowił zwyczajny widok - blada, drobna postać o dobrą głowę niższa od otaczających ją zewsząd osób, postać nosząca się konserwatywnie: prosty warkocz bez wstążek i skórzane wykończenie stroju - widok niezwyczajny stanowiła natomiast eskorta policyjna, nikt jednak się nie oglądał, chyba że ci, co przybyli ze wsi, i prywatni petenci.

   - Spójrz! - zawołało jakieś dziecko i pokazało Brena palcem.

   Płonący ze wstydu rodzic trzepnął wyciągniętą rękę dziecka, a echo jego głosu rozbrzmiewało wysokim, czystym echem pod sklepieniami. Atevi patrzyli. I udawali, że nie widzą ani Brena, ani jego eskorty.

   Przez sale przeszedł jakiś prowincjonalny władca w towarzystwie własnych pomocników i straży oraz straży aijiego, nie wywołując niegrzecznych spojrzeń. Bren szedł ze swoją eskortą, też udając, że jest niewidzialny, nieco zaniepokojony tym dziecięcym okrzykiem, lecz pełen zaufania do strażników aijiego widocznych przy każdych drzwiach i każdym zakręcie, co w dzień audiencji było zwykłym środkiem ostrożności.

   Zbliżając się do sali audiencyjnej, pożegnał się uprzejmie z eskortą policyjną przy Szepczących Drzwiach, które, stanowiąc część wielkich wrót, dyskretnie i bez oficjalnej zapowiedzi pozwalały wejść do tylnej części sali audiencyjnej. Bren prześliznął się przez nie i cicho zamknął je za sobą, żeby nie zakłócać toczących się spotkań.

   Bał się, że jest spóźniony. Moni i Taigi wcale nie obudzili go wcześniej, po prostu pojawili się o zwykłej porze. Nie mieli innych rozkazów, a widząc straż policyjną przy jego drzwiach, być może bali się zrobić coś niezwykłego. Bren miał nadzieję, że Tabini nie liczył na nic innego, i ruszył do biurka recepcjonisty, żeby sprawdzić, kiedy ma posłuchanie.

   Był tam Banichi, ubrany w nabijany ćwiekami czarny mundur osobistej straży aijiego. Zatrzymał go dotknięciem ręki.

   - Nadi Bren. Spałeś tej nocy?

   - Nie - wyznał i dodał z nadzieją w głosie: - Złapaliście go?

   - Nie, nadi. Była burza. Nie mieliśmy szczęścia.

   - Czy Tabini wie, co się stało? - zerknął ku podwyższeniu, gdzie Tabini - aiji rozmawiał z gubernatorem Brominandim. To jedno z prywatnych posłuchań dla zaproszonych osób. - Chyba jestem na liście. Czy on chce ze mną rozmawiać? Co mam mu powiedzieć?

   - Prawdę, tylko na osobności. To przecież był jego pistolet, prawda?

   Posłał Banichiemu spojrzenie pełne troski. Jeśli Banichi wątpi w jego historię, to, w każdym razie, zeszłej nocy nie robił takiego wrażenia.

   - Powiedziałem ci prawdę, Banichi.

   - Jestem tego pewien - odparł Banichi, a kiedy Bren chciał podejść do biurka sekretarza, żeby podać mu swoje nazwisko, Banichi przytrzymał go za rękaw. - Żadnych formalności.

   Banichi skinął głową w kierunku podwyższenia, wciąż trzymając za rękaw Brena, i podprowadził go do Tabiniego.

    Brominandi z prowincji Entaillan kończył. Brominandi, którego czarne włosy były przetykane siwizną, a dłonie lśniły od ozdobnych i urzędowych pierścieni, potrafił zanudzić kamień na śmierć, a stojący tuż obok strażnicy nie znaleźli jeszcze eleganckiego sposobu na odciągnięcie go na bok.

   Tabini przytaknął słowom Brominandiego, skinął głową drugi raz i w końcu rzekł:

   - Przedstawię to radzie. - Brzmiało to bardzo podobnie do tej okropnej sprawy praw do rzeki Alujis: dwie prowincje z jej górnego biegu przeciwko trzem prowincjom z dolnego biegu, które wykorzystywały jej wodę do nawadniania pól. Ten kocioł od pięćdziesięciu lat wrzał, przynosząc kolejne procesy.

   Bren złożył przed sobą dłonie, pochylił głowę i stanął z Banichim, stając się tak niezauważalny, jak było to możliwe w przypadku człowieka na dworze atevich.

   W końcu Tabini - aiji przyjął od Brominandiego nieuniknioną petycję (a może kontrpetycję?) - ciężki zwój z licznymi pieczęciami i wstążkami - którą podał swoim pomocnikom prawnym.

   Wtedy Bren zerknął na Tabiniego, który oddał mu spojrzenie. Był to znak dla niego i Banichiego, żeby weszli na kilka stopni i stanęli przy fotelu aijiego. Podczas tej przerwy faworyzowani pierwsi petenci mogli krążyć po sali i plotkować, co wywoływało głuchy pomruk, odbijający się echem od białych i złoconych ścian.

   Tabini powiedział od razu:

   - Czy wiesz, kto to był, Brenie? Masz jakiś pomysł?

   - Żadnego, aiji - ma, nic. Strzeliłem do niego. Spudłowałem. Banichi kazał mi mówić, że to on wystrzelił.

   Aiji spojrzał ponad jego głową na Banichiego. Zółte oczy Tabiniego były bardzo jasne, w pewnym oświetleniu niesamowite - przerażające, kiedy był zły. Teraz jednak nie wydawał się rozgniewany i chyba żadnemu z nich nie przypisywał winy za to, co zaszło.

   Odezwał się Banichi:

   - To zapobiegało pytaniom.

    - Żadnych pomysłów co do charakteru najścia.

   - Włamywacz byłby głupcem. Schadzka...

   - Nie - rzekł Bren zaniepokojony tą sugestią, ale Tabini go znał, wiedział, że stanowi obiekt pewnej ciekawości atewskich kobiet i był to żart jego kosztem.

   - Żadna wielbicielka.

   - Nie, aiji - ma. - Żywił co do tego głęboką nadzieję, zważywszy na krew, którą Jago zauważyła na tarasie tuż przed deszczem.

   Tabini dotknął jego ramienia, przepraszając w ten sposób za brak powagi.

   - Nikt tu nie zawiódł. To poważna sprawa. Ja ją traktuję poważnie. Uważaj na zamki.

   - Drzwi do ogrodu są z samego szkła - powiedział Banichi. - Ich wymiana rzuciłaby się w oczy.

   - Przewód nie - rzekł Tabini.

   Bren zdenerwował się. Drzwi i okna aijiego mogły mieć takie śmiercionośne zabezpieczenia. On sam miał w tej sprawie duże zastrzeżenia.

    - Dopilnuję tego - powiedział Banichi.

   - Mógłbym wejść na przewód - rzekł Bren.

   - Ale nie wejdziesz - odparł Tabini i zwrócił się do Banichiego: - Dopilnuj tego. Jeszcze dziś. Po jednym na każdych drzwiach. Jego klucz będzie rozbrajał. Zmień zamki.

   - Aiji - zaczął Bren.

   - Mam dzisiaj długą listę - powiedział Tabini, co znaczyło, żeby się zamknąć i usiąść, a kiedy Tabini przyjmował w jakiejś sprawie taki ton, to nie było dyskusji. Zeszli z podwyższenia. Bren zatrzymał się na czwartym stopniu, na swoim zwykłym miejscu.

   - Zostań tu - rzekł Banichi. - Przyniosę ci nowy klucz.

   - Banichi, czy ktoś na mnie dybie?

   - Na to wygląda, prawda? Wątpię, czy to była kochanka.

   - Czy wiesz coś, czego ja nie wiem?

   - Wiele rzeczy. Co cię interesuje?

   - Moje życie.

   - Uważaj na przewód. Ten od ogrodu też będzie się włączał kluczem. Przesuwam twoje łóżko sprzed drzwi do ogrodu.

   - Jest lato. Jest gorąco.

   - Wszyscy cierpimy jakieś niewygody.

   - Chciałbym, żeby ktoś mi powiedział, co się tu dzieje!

   - Nie powinieneś odmawiać damom. Niektóre z nich źle to przyjmują.

    - Nie jesteś poważny.

   Nie, Banichi nie był poważny. Banichi znów unikał odpowiedzi na jego pytania. Banichi, przeklętnik, coś wiedział. Bren stał zdenerwowany, a Banichi radośnie odszedł, by zamienić jego pokój w śmiertelną pułapkę: dywaniki przed drzwiami, śmiercionośne przewody zamykające obwód, jeśli głupi, rozespany człowiek zapomni i rzuci się, by wobec nagłej nawałnicy zamknąć własne drzwi do ogrodu.

   Przestraszył się wydarzeń zeszłej nocy. Teraz był wściekły, piekielnie zły na zakłócenie jego życia, zmiany w jego mieszkaniu, w jego swobodzie wychodzenia do miasta - przewidywał straże, ograniczenia, groźby... bez najmniejszej przyczyny, poza jakimś wariatem, który z jakichś powodów chyba nie lubi ludzi. To był jedyny wniosek, jaki mu się nasunął.

   Usiadł na stopniu, gdzie miał prawo siedzieć paidhi - aiji, i przysłuchiwał się ostatniej przedaudiencyjnej audiencji, licząc, że może usłyszy coś, co da mu przynajmniej jakąś wskazówkę, czy istnieje jakiś większy, bardziej polityczny powód do niepokoju. Jednak to, jak Banichi zdawał się ukrywać przed nim informacje, oraz milczenie Tabiniego, kiedy Tabini prawdopodobnie sam coś wiedział, wskazywało raczej na jakiegoś urażonego atevę.

   Żaden licencjonowany zabójca nie podpisałby kontraktu na człowieka, który był bardzo ważną, przewidzianą układem osobistością na dworze aijiego - osobistością nie mającą prawa noszenia broni, ale mimo wszystko będącą urzędnikiem dworskim i bliskim znajomym aijiego Patronatu Zachodniego. Żaden zawodowiec przy zdrowych zmysłach nie podjąłby się czegoś takiego.

   Pozostawał jakiś przypadkowy głupiec, który zaatakował go być może jako symbol, albo wróg wszelkiej techniki. Któż to mógł wiedzieć? Któż potrafiłby wyśledzić taką rzecz?

   Jedyną pocieszającą myślą było to, że jeśli nie był to licencjonowany zabójca, to napadł go wariat lub jakiś amator, który nie dostał licencji - ktoś, kto mógł przez przypadek pozabijać niewinne osoby i pod tym względem był rzeczywiście niebezpieczny.

   Lecz Banichi, w przeciwieństwie do większości strażników aijiego, miał licencję. Z nim się nie zadzierało. Nie zadzierało się też z Jago. Wczorajszy deszcz był szczęśliwym trafem dla napastnika - który albo liczył, że deszcz zatrze jego ślady na żwirze i cemencie ogrodowych ścieżek, albo był głupi i miał szczęście zarazem.

   Teraz zabójca nie miał już szczęścia. Szuka go Banichi. A jeśli mężczyzna ten - zakładając, że był to mężczyzna - zostawił na kwietniku odcisk stopy lub gdziekolwiek odcisk palca, to znalazł się w dużych kłopotach.

   Przede wszystkim nie odważy się pójść do licencjonowanego lekarza. Na tarasie była krew. Bren miał nadzieję, że utrudnił życie zabójcy, który najwyraźniej nie spodziewał się takiego przyjęcia. A najbardziej liczył na to, że - biorąc pod uwagę, iż sprawą zajął się Banichi - życie stanie się na tyle trudne dla pracodawcy zabójcy, jeśli taki istniał, że wycofa kontrakt.

   Otworzyły się drzwi. Strażnicy i mistrzowie ceremonii wprowadzili tłum, a sekretarz przyjął od Mistrza Ceremonii Dnia olbrzymią stertę zaopatrzonych we wstążki petycji, oświadczeń i wniosków.

   W kontaktach atevich z ludźmi zdarzały się trudne chwile. Nie można jednak było winić atevich za trzymanie się tradycyjnych procedur - te sterty dokumentów były doprawdy niewygodne - mimo istnienia zapisów komputerowych. Tworzyli je sekretarze w foyer.

   Prosić jednak atevich o posługiwanie się numerami obywatelskimi czy numerami spraw? Najpierw trzeba ich przekonać, że przydzielone im przez komputer osobiste numery są pomyślne i zgodne z ich własnymi numerologiami. Przekonać ich, że zmiana tych numerów wywołuje chaos i powoduje utratę zapisów - ponieważ jeśli coś zaczynało się źle dziać, to ateva winił za to swój numer i żądał jego natychmiastowej zmiany.

   Utworzyć kody dla prowincji tylko po to, żeby ułatwić komputerom klasyfikację? Czy te numery są pomyślne, czy też jest to może jakaś złośliwa próba dworu aijiego w Shejidan umniejszenia znaczenia i władzy prowincji?

   No i istniała, oczywiście, przerażająca plotka, że wystukiwanie numerów na klawiaturze powoduje powstawanie nowych numerów w komputerach, numerów zawierających w sobie nieszczere i niewątpliwie złe intencje aijiego, spiskującego - oczywiście - z ludźmi, którzy sprowadzili to zdradzieckie urządzenie na ziemię.

   Rzecz jasna, nie wszystko, co ludzie sprowadzili na ziemię, podlegało klątwie. Atevi uzależnili się od telewizji. Samoloty stawały się coraz ważniejszym środkiem transportu, traktowanym przez zdeterminowanych mieszkańców prowincji jako zło konieczne, chociaż po słynnej katastrofie nad mostem na Weinathi aiji wprowadził na swoich terenach przepis, wedle którego wymagany był plan lotów.

   Dzięki atewskim bogom, że Tabini - aiji był osobą całkowicie niereligijną.

   Petenci wnoszący sprawy przed aijiego mieli jeden obrót klepsydry, podczas którego musieli streścić całą rzecz. Większość spraw dotyczyła wsi, niektóre handlu, a kilka projektów robót publicznych - dróg, tam i mostów, portów i praw do polowania oraz łowienia ryb, które miały związek z prawami Patronatów zjednoczonych pod wpływami aijiego. Wysuwanie projektów i opracowywanie szczegółów ich finansowania należało do dwóch izb ustawodawczych, hasdrawadu i tashridu - aiji nie miał w tym względzie inicjatywy, a jedynie prawo jej przyjęcia lub odrzucenia. Mimo wszystko bardzo wiele, niewiarygodnie wiele spraw wciąż wymagało osobistej pieczęci aijiego i osobistego posłuchania.

   Na przykład trzeba było zarejestrować dwie waśnie. W jednej żona stawała przeciwko byłemu mężowi za sprzeniewierzenie jej własności.

    - Lepiej udać się z tym do sądu - powiedział otwarcie Tabini. - Mogłabyś odzyskać pieniądze w ratach z jego przychodu.

   - Wolałabym go zabić - odparła kobieta, a Tabini rzekł:

   - Zapisać. - Machnął ręką i przeszedł do następnej sprawy.

   Dlatego ludzie woleli swoją enklawę na Mospheirze. Mospheira była wyspą, znajdowała się pod ludzką administracją, komputery dysponowały tam niepodważalnymi numerami, a altematywą dla prawa nie była krwawa zemsta.

   Oznaczało to jednak, że dla wszystkich sześciu tak zwanych prowincji i, lekko licząc, trzystu milionów osób znajdujących się pod rządami aijiego istniał jeden areszt, w którym przebywało zwykle mniej niż pięćdziesiąt osób oczekujących na proces lub przesłuchanie, których nie można było wypuścić za kaucją. Istniało kilka szpitali psychiatrycznych dla potrzebujących. Były cztery więzienia dla jednostek niepoprawnie antyspołecznych takich, które, na przykład, przejmowały funkcje zabójców we własne ręce po odmowie wydania im licencji przez Gildię, która zdecydowanie odrzucała nieuzasadnione prośby.

   Zdrowi na umyśle, praworządni atevi po prostu unikali sporów. Rozwody przeprowadzano bez awantur. Starano się nie zrażać sobie ani nie wprawiać w zakłopotanie naturalnych przeciwników. Dzięki Bogu, atevi w większości woleli uciekać się do negocjacji lub - jako ostatniego rozsądnego posunięcia przed zgłoszeniem waśni - do konfliktu niezbrojnego, czego też należało unikać. Wysocy, silni ludzie i tak byli o ponad głowę niżsi i ważyli o jedną trzecią mniej niż przeciętni atevi, mężczyźni czy kobiety - i była to druga przyczyna, dla której ludzie woleli własną jurysdykcję.

   Najwyraźniej Bren zdenerwował kogoś, kto nie stosował się do zasad. Ciągle wracał do tego myślami. Nikt nie zgłosił waśni. Musieliby go zawiadomić, był to jeden z najsurowszych warunków zgłoszenia, lecz nikt nie wspomniał choćby o przelotnym rozdrażnieniu wywołanym przez niego - a teraz Tabini instalował w jego mieszkaniu śmiercionośne zabezpieczenia.

   W jego myślach wciąż panował zamęt spowodowany nocnym incydentem, aż Bren nagle zdał sobie sprawę, że tak właściwie, chodząc po tym budynku, wcale nie jest bezpieczny. Zawodowi zabójcy unikali rozgłosu i raczej ukrywali twarze istniały jednak przypadki, gdy noże wysuwały się z anonimowego tłumu lub zdarzały się "potknięcia" na schodach.

   A wielu panów miało w swoim personelu licencjonowanych zabójców, o których codziennie się ocierał, nawet się nad tym nie zastanawiając - aż do tej pory.

   Starszy mężczyzna przedstawił sześćdziesiątą szóstą sprawę, która w streszczeniu dotyczyła zaproszenia aijiego na regionalną konferencję rozwoju miejskiego. Zaproszenie zostało złożone na stertę innych dokumentów przeznaczonych do archiwum.

   Pewnego dnia, powiedział kiedyś samemu aijiemu, a wiedział, że mówili to też jego poprzednicy, pewnego dnia archiwa zawalą się pod ciężarem pieczęci, wstążek i papieru wszystkie dziesięć pięter budynku zajmującego cały kwartał zawali się w chmurze pyłu. To jednak musiała być na razie ostatnia petycja. Sekretarz nie wywołał już żadnego nazwiska. Jego biurko było puste.

   Ale nie, jest coś jeszcze. Tabini wezwał sekretarza, który przyniósł mu niezwykle ozdobny dokument, obciążony czerwonymi i czarnymi wstążkami wysokiego rodu.

    - Zgłoszenie Zamiaru - nikł Tabini, wstając. Zaskoczył tym pomocników i zgromadzonych świadków, a sekretarz uniósł dokument i odczytał:

   - Tabini - aiji przeciwko nieznanym osobom, które, nie zgłosiwszy Zamiaru, zakłóciły pokój mego domu i sprowadziły zagrożenie na osobę paidhi - aijiego, Brena Camerona. Jeśli, licząc od tej chwili, jakikolwiek gość lub osoba z mojego otoczenia dozna jakiejkolwiek krzywdy od tej osoby lub jakichkolwiek innych osób chcących wyrządzić krzywdę rzeczonemu paidhi - aijiemu, osobiście oznajmiam Zamiar zgłoszenia waśni, z powodu zagrożenia bezpieczeństwa osób znajdujących się pod moim dachem, Banichiemu z miasta Dajoshu w prowincji Talidi jako mojemu zarejestrowanemu i licencjonowanemu reprezentantowi. Ogłaszam to i umieszczam w publicznych rejestrach wraz ze stemplami, podpisami i pieczęciami.

   Bren był wstrząśnięty. Czuł, że zwraca na siebie powszechną uwagę: wszyscy odwracali głowy i cicho komentowali słowa Tabini - aijiego, który zszedł z podwyższenia i, przechodząc obok Brena, powiedział:

   - Bądź ostrożny, nadi Bren.

   - Aiji - ma - mruknął Bren i złożył głęboki ukłon, starając się ukryć oszołomienie. Audiencja była skończona. Jago wraz z oddziałem dworskiej i osobistej straży szybko dołączyła do Tabiniego, który zdążał do bocznych drzwi i wewnętrznych korytarzy, zostawiając za sobą wycięty w tłumie pas wolnej przestrzeni.

   Bren też ruszył do wyjścia, bojąc się drogi przez korytarze, zastanawiając się, czy w tej sali jest może jego niedoszły zabójca lub jego zleceniodawca i czy na zewnątrz wciąż na niego czeka policyjna eskorta.

   Na jego drodze stanął jednak Banichi, który odprowadził go przez Szepczące Drzwi do sal publicznych.

    - Tabini ogłosił Zamiar - odezwał się do Banichiego, zastanawiając się, czy Banichi wiedział, co planuje Tabini.

   - Nie jestem zaskoczony - odparł Banichi.

   - Powinienem odlecieć następnym samolotem na Mospheirę.

   - Niezwykle głupie posunięcie.

   - Mamy odmienne prawa. A na Mospheirze ateva będzie się wyróżniał. Znajdź mi zabójcę w tym tłumie.

   - Nawet nie wiesz, czy to był ktoś z nas.

   - No to był to, cholera, najpotężniej zbudowany człowiek, jakiego widziałem w życiu. Wybacz mi. - Jeśli było się paidhi - aijim, to się nie przeklinało, przynajmniej w miejscu publicznym. - To nie był człowiek. Ja to wiem.

    - Wiesz, kto przyszedł do twojego pokoju. Nie wiesz jednak, kto mógł go wynająć. Jak paidhi zdaje sobie sprawę, na Mospheirze istnieje szmugiel. Powiązania, o których istnieniu nie wiemy, stanowią bardzo niebezpieczną możliwość.

   Język atevich miał zaimki osobowe nie określające płci. Ten oznaczał jego lub ją. A politycy i personel aijiego używali tego zaimka bardzo często.

   - Wiem, gdzie będę bezpieczniejszy.

   - Tabini potrzebuje cię tutaj.

   - Po co? - To, że aiji podejmował jakieś nierutynowe działania, było dla niego nowością. O niczym nie słyszał. Banichi mówił mu coś, o czym nie wspomniał nikt inny.

   A kilka tygodni temu Tabini uległ bezprecedensowemu kaprysowi, by go uzbroić i udzielić mu dwugodzinnej prywatnej lekcji w swojej prywatnej posiadłości. Żartowali, strzelali do arbuzów na tyczkach i razem zjedli kolację. Tabini miał dość czasu, by go ostrzec, gdyby szykowało się coś jeszcze, oprócz rutynowych narad i posiedzeń komitetów, co dotyczyłoby paidhiego.

   Skręcili za róg. Banichi, co nie umknęło uwagi Brena, nie zauważył jego pytania. Wyszli na kolumnadę, mając za sobą jasne, równe mury starożytnego Bu - javid. Ruch na schodach odbywał się teraz w przeciwnym kierunku - na dół. Atevi, którzy zgłosili się na posłuchanie, otrzymali numerki i aiji będzie ich przyjmował w ustalonym porządku.

   Kiedy jednak weszli w pusty korytarz prowadzący do apartamentów przy ogrodzie, Banichi dał mu dwa klucze.

   - To są jedyne dobre klucze - rzekł. - Bądź uprzejmy nie pomieszać ich ze starymi. Stare otwierają i zamykają drzwi. Tylko że nie wyłączają przewodów.

   Spojrzał na Banichiego z niepokojem - czego Banichi także zdawał się nie zauważać.

   - Nie możecie po prostu przestraszyć drania? To nie zawodowiec. Nie było zgłoszenia...

   - Działam w ramach mojej licencji - odparł Banichi. - Zamiar został zgłoszony. Przecież sam to powiedziałeś. Napastnik byłby bardzo głupi, gdyby znów czegoś spróbował.

   Bren poczuł mdłości.

   - Banichi, do cholery...

   - Zawiadomiłem służbę. Odtąd uczciwi i mądrzy służący, zdolni do służby w tym domu, będą prosić o wpuszczenie do środka. Teraz twoje mieszkanie nie różni się od mojego. Ani Jago. Sam zmieniam sobie pościel.

   Mimo że znał Jago i Banichiego, nie miał pojęcia o niebezpieczeństwach w ich mieszkaniach. Miało to sens, jeśli chodziło o nich czy Tabiniego. W jego przypadku nie.

   - Ufam - nikł Banichi - że nie rozdawałeś zapasowych kluczy. Żadnych dam. Żadnych... hrrunm... innych kontaktów. Chyba nie uprawiasz hazardu?

   - Nie! - Banichi go znał, wiedział, że na Mospheirze utrzymuje kontakty z kobietami nie stroniącymi od tego, co Banichi nazwałby nocą jednej świecy. Poza tym paidhi - aiji nie miał czasu na życie towarzyskie. Ani na długie romantyczne manewry czy zranione uczucia, długie powitania czy pożegnania a nade wszystko nie miał czasu na to, by kupczyć wpływami czy dawać sobie wmówić to czy tamto. Jego znajome nie zadawały pytań. Ani nie chciały nic więcej niż bukiet kwiatów, telefon i wieczór w teatrze.

   - Po prostu uważaj, jeżeli dałeś komuś klucze.

   - Nie jestem takim głupcem.

   - Takich głupców jest pełno w Bu - javid. Miałem ostrą rozmowę z aijim.

   Dać atevim jakąś technologię, a czasami złożą elementy inaczej, niż zrobili to ludzie w toku swojej historii - na podstawie własnej struktury społecznej wynalazcy łączyli pojęcia w nieoczekiwany i nigdy nie zamierzony przez ludzi sposób, czy to pod względem skutków społecznych, czy konsekwencji technicznych. Jednym z takich przykładów był przewód. Wziąwszy pod uwagę atewski pociąg do wynalazków związanych z ochroną osobistą oraz fakt, że atewskie prawo nie zakazuje śmiercionośnych urządzeń, można by zapytać, jak dalece przekształcili inne urządzenia i w jakich nie ujawnianych celach je wykorzystywali.

   Paidhi starał się to wszystko wyprzedzać. Paidhi starał się być na bieżąco, jeśli chodzi o każdą technologię i każdy termin techniczny w znanym wszechświecie, ale różne drobiazgi stale mu umykały i proces ucieczki wiedzy, przetasowywania elementów w urządzenia pozostające całkowicie poza ludzką kontrolą odbywał się coraz szybciej.

   Co jednak najważniejsze, atevi nie byli niezdolni do dokonywania odkryć technologicznych na własną rękę... i bez żadnych skrupułów oraz z dużą dozą ostrożności utrzymywali je w tajemnicy. Nie byli komunikatywną rasą.

   Doszli do drzwi. Bren posłużył się kluczem, który dał mu Banichi. Drzwi otworzyły się. Nie było widać ani dywanika, ani przewodu.

   - Na wysokości kostek i czarny - rzekł Banichi. - Teraz jednak jest opuszczony i nieuzbrojony. Użyłeś właściwego klucza.

   - Twojego klucza. - Nie lubił żartów Banichiego. - Nie widzę dywanika.

   - Pod dywanem. Nie chodź po nim boso. Polałaby się krew. Przewód jest w odległości małego kroku od drzwi. Kiedy jest wyłączony, możesz po nim chodzić. Tylko też nie rób tego na bosaka.

   Ledwo go widział. Przeszedł po dywaniku. Banichi został po jego przeciwnej stronie.

   - Przebija przez izolację - rzekł Banichi. - I przez skórę butów, paidhi - ji, jeżeli jest włączony. Nie dotykaj go, nawet kiedy jest wyłączony. Zamykaj drzwi na klucz i nie wałęsaj się po korytarzach.

   - Dziś po południu mam spotkanie rady do spraw energii.

   - Zapewne zechcesz zmienić kaftan, nadi. Zaczekaj tu na Jago. Ona cię odprowadzi.

   - O co tu chodzi? Mam wszędzie chodzić z eskortą? Czy ma się na mnie rzucić minister robót? Zaatakować dyrektor administracji wodnej?

   - Ostrożność, ostrożność, nadi Bren. Jago stanowi dowcipne towarzystwo. Fascynują ją twoje brązowe włosy.

   Bren był oburzony.

   - Ciebie to bawi. Nie ma w tym nic śmiesznego, Banichi.

   - Wybacz mi. - Banichi zachowywał niezmienną powagę. - Wczuj się jednak w jej nastrój. Eskortowanie to takie cholernie nudne zajęcie.

następny