Moni i Taigi przyszli rano z wózkiem
śniadaniowym - oraz wiadomością z centrali personelu, że Tabini - aiji chce się
z nim widzieć podczas porannej audiencji.
Nic dziwnego. Spodziewając się wezwania, Bren jeszcze przed
świtem wziął prysznic, ogolił się i ubrał bez niczyjej pomocy - to znaczy włożył
swoje zwykłe miękkie spodnie i koszulę i sam zaplótł sobie warkocz. Przed ich
przyjściem włączył telewizor, żeby wysłuchać porannych wiadomości: bał się, że
sprawa może być już szeroko znana, lecz ku swemu zdumieniu nie usłyszał żadnej
wzmianki o zajściu, a jedynie sprawozdanie o nocnej burzy, która sprowadziła na
okręg Shigi grad oraz uszkodziła dachówki w Wingin, po czym przeniosła się, przy
wtórze grzmotów, nad otwarte równiny.
Był dziwnie rozczarowany, wręcz obrażony tym milczeniem.
Jeśli do pokoju człowieka wdzierają się zabójcy, to - mimo szczerej chęci
zachowania anonimowości - miał jednak prawo spodziewać się potwierdzenia, że do
posiadłości aijiego wtargnął intruz - mogli przecież wypuścić taką
przefiltrowaną informację albo jeszcze lepiej, powiedzieć, że intruz znajduje
się w rękach aijiego i jest przesłuchiwany.
Nic z tych rzeczy - przynajmniej w wiadomościach
telewizyjnych, a Moni i Taigi podali śniadanie bez jednego pytania czy słowa
komentarza o wydarzeniach w apartamencie ogrodowym zeszłej nocy, nie pytając też
o ręczniki zaścielające podłogę w łazience. Po prostu przynieśli wiadomość z
centralnego biura personelu, przyjęli do wiadomości nieład panujący w
apartamencie, zdając się go nie zauważać, i w żaden sposób nie dali do
zrozumienia, że coś jest nie w porządku, czy że po korytarzach krążą jakieś
plotki.
Zeszłej wiosny drugi dziedzic prowincji Talidi zabił w
wodnym ogrodzie swego dalekiego krewnego podczas sprzeczki o antyczną broń palną
i korytarze kompleksu rozbrzmiewały tą sprawą przez kilka dni.
Ale nie tego ranka. "Dzień dobry, nand' paidhi, jak się
czujesz, nard' paidhi? Jeszcze jagód? Herbaty?".
I w końcu odezwał się ze spuszczonym wzrokiem Moni, który
rzadko miał coś do powiedzenia:
- Bardzo się cieszymy, że nic ci się nie stało, nard'
paidhi.
Przełknął kawałek owocu. Zadowolony.
Ugłaskany.
- Czy słyszeliście zeszłej nocy bieganinę?
- Obudził nas strażnik - odpowiedział Taigi. - Dopiero
wtedy dowiedzieliśmy się, że coś jest nie w porządku.
- Nic nie słyszeliście?
- Nie, pand' paidhi.
Przypuszczał, że przy tych wszystkich błyskawicach,
grzmotach i ulewnym deszczu wystrzał mógł zabrzmieć dziwnym echem, szczególnie
że wokół wzgórza hulał wiatr, a broń wypaliła wewnątrz pokoju, a nie na dworze.
Postać stojąca zeszłej nocy w drzwiach nabrała dla Brena cech snu, koszmarnego
wydarzenia, którego szczegóły zmieniły się i zmniejszyły. Całkowite milczenie
jego służących na temat incydentu zaniepokoiło go, a nawet podało w wątpliwość
jego pamięć... nie mówiąc już o jego rozumieniu najbliższych mu atevich czy też
oczekiwaniach, jakie względem nich żywił.
Z przyjemnością wysłuchał rozsądnego wyjaśnienia. A zatem
echo nie dotarło do apartamentów służby leżących niżej na stoku wzgórza, tuż
przy dawnych murach. Prawdopodobnie grzmot zagłuszył strzały. Być może w chwili,
kiedy zaczynała się burza, a zabójca próbował wykonać swoje zadanie, zagrzmiało
szczególnie głośno. Bren był ogłuszony wystrzałem, który brzmiał dla niego
niczym trąby sądu ostatecznego, nie oznaczało to jednak, że wszyscy inni
znajdowali się równie blisko.
Moni i Taigi byli przynajmniej stosownie przejęci i Bren
sądził, że, być może, zdumieni jego ludzkim' zachowaniem lub swoimi co do niego
oczekiwaniami, nie bardzo wiedzieli, co jeszcze powiedzieć. Zupełnie inaczej
zbierało się plotki, znajdując się w samym środku wydarzeń. Wszelkie informacje,
szczególnie w sytuacji zagrożenia życia, stawały się ważne; sprawianie wrażenia,
że coś się wie, stwarzało możliwość oficjalnych pytań, a nikt rozsądny z
otoczenia Brena nie chciał rozpuszczać plotek - podobnie jak on sam nie życzył
sobie żadnych spekulacji na jego temat ze strony służących, którzy mogli mieć
jakieś informacje.
Moni i Taigi też nie chcieliby usłyszeć kolejnego stukania
do drzwi i znosić drugiej kolejki nocnych pytań. Mówiąc klasycznym językiem,
zdrada i służba szły w atewskich dramatach ręka w rękę. To było idiotyczne, co
jednak nie oznaczało, że nie odczują brzemienia podejrzliwości lub strachu,
który Bren doskonale rozumiał, przed nieokreślonymi oskarżeniami, w odparciu
których nie mógł im pomóc żaden świadek.
- Mam szczerą nadzieję, że to już koniec - powiedział
Bren. - Bardzo mi przykro, nadiin. Ufam, że policja więcej się tu nie pojawi.
Wiem, że jesteście uczciwi.
- Jesteśmy ci głęboko wdzięczni za zaufanie - rzekł Moni,
po czym obaj skłonili się. - Prosimy cię, bądź ostrożny.
- Sprawą zajmują się Banichi i Jago.
- To znakomicie - powiedział Taigi i postawił przed nim
jajecznicę.
Bren zjadł więc śniadanie, a potem włożył swój najlepszy
letni kaftan, ten ze skórzanym kołnierzem i skórzanymi lamówkami z przodu.
- Prosimy cię, nie ociągaj się w korytarzach - rzekł
Taigi.
- Macie moje słowo - odparł Bren.
- Czy nie ma tu ochrony? - zapytał Moni. - Pozwól nam
wezwać ochronę.
- Żeby pójść do sali audiencyjnej? - Oni naprawdę się
martwią, co dało się zauważyć, gdy tylko pękła tama milczenia. Brenowi zrobiło
się jeszcze przyjemniej. - Zapewniam was, że nie ma takiej potrzeby. To pewnie
był jakiś wariat chowający się gdzieś w beczce na zapasy. Mogli w samo południe
zaatakować w wodnym ogrodzie pana Muridę - ale nie mnie. Zapewniam was. Przy
krążącej wszędzie własnej ochronie aijiego... małe szanse. - Wziął klucz i
włożył go do kieszeni spodni.
Po prostu uważajcie na zamki. Przez kilka następnych dni,
szczególnie od strony ogrodu.
- Nadi - rzekli i znów się skłonili, z niepokojem, jak
ocenił, który też odczuwali, kiedy do niego przyszli, tyle że oni nie ujawniali
swych emocji. Atevi nigdy tego nie robili. Przypomniało mu to, że on też nie
powinien okazać niepokoju. Wyszedł raźnym krokiem z pokoju...
...prosto na czarny mundur i, dobrze powyżej poziomu oczu,
zmarszczoną atevską twarz.
- Nand' paidhi - odezwał się oficer. - Mam cię odprowadzić
do sali.
- To zupełnie niepotrzebne - odparł Bren. Serce na chwilę
przestało mu bić. Nie znał tego mężczyzny. Zabójca nie śmiałby jednak sfałszować
tego munduru, choćby od tego zależało jego życie, więc Bren poszedł z oficerem.
Weszli w korytarze kompleksu, minęli biurko stałego strażnika i wkroczyli do
głównej bryły budynku, idąc zatłoczoną kolumnadą, gdzie dmuchał wiatr pachnący
deszczem i porannym chłodem.
Na starych murach blask słońca przeplatał się z cieniem: to
mury obronne Bu - javid, cytadeli i kompleksu rządowego, rozłożonego na wysokim
wzgórzu, górującym wyniośle nad miejskim rojowiskiem Shejidan. Leżące poniżej
hotele i zajazdy na pewno są przepełnione. Odbywająca się co trzy lata publiczna
audiencja, która zaczynała się tego ranka, sprowadziła do miasta setki
prowincjonalnych władców oraz oficjeli z miast, miasteczek i okręgów. Przybyli
tu koleją podziemną lub zwykłymi pociągami, a ostatnią milę wszyscy pokonywali
pieszo, idąc z hoteli otaczających starodawny Bu - javid: tłumy z petycjami,
wspinające się tarasową, wyłożoną kamieniami drogą, przechodzące przez
ufortyfikowaną Bramę Obietnicy Sprawiedliwości i w końcu podążające ostatnią,
szeroką, obsadzoną kwiatami aleją ku Podziewiętnym Odrzwiom: nieustający
strumień wysokich, barczystych atevich o czarnej jak smoła skórze i lśniących,
czarnych warkoczach. Niektórzy mieli na sobie bogate kaftany oblamowane złotem i
atłasem, inni kaftany z prostych, wytrzymałych tkanin, choć na pewno były to ich
najlepsze dworskie szaty. Zawodowi politycy tłoczyli się obok zwykłych
rzemieślników, panowie z Patronatów obok niespokojnych, niewprawnych petentów,
ściskających swoje zwinięte i związane petycje ozdobione kolorowymi wstążkami
oraz bukieciki kwiatów, które zgodnie ze starym zwyczajem tej pory roku chcieli
zostawić na stołach w foyer.
Hol na końcu otwartej kolumnady pachniał niedawnym deszczem
i kwiatami, rozbrzmiewając licznymi głosami: to spotykali się dawni znajomi,
inni atevi ustawiali się w kolejkach do sekretarzy, na których biurkach,
ustawionych w olbrzymim dolnym foyer, rosły sterty dokumentów i petycji.
Dla bywalców człowiek przepychający się w drodze na dwór
przez ten kłębiący się tłum stanowił zwyczajny widok - blada, drobna postać o
dobrą głowę niższa od otaczających ją zewsząd osób, postać nosząca się
konserwatywnie: prosty warkocz bez wstążek i skórzane wykończenie stroju - widok
niezwyczajny stanowiła natomiast eskorta policyjna, nikt jednak się nie oglądał,
chyba że ci, co przybyli ze wsi, i prywatni petenci.
- Spójrz! - zawołało jakieś dziecko i pokazało Brena
palcem.
Płonący ze wstydu rodzic trzepnął wyciągniętą rękę dziecka, a echo jego
głosu rozbrzmiewało wysokim, czystym echem pod sklepieniami. Atevi patrzyli. I
udawali, że nie widzą ani Brena, ani jego eskorty.
Przez sale przeszedł jakiś prowincjonalny władca w
towarzystwie własnych pomocników i straży oraz straży aijiego, nie wywołując
niegrzecznych spojrzeń. Bren szedł ze swoją eskortą, też udając, że jest
niewidzialny, nieco zaniepokojony tym dziecięcym okrzykiem, lecz pełen zaufania
do strażników aijiego widocznych przy każdych drzwiach i każdym zakręcie, co w
dzień audiencji było zwykłym środkiem ostrożności.
Zbliżając się do sali audiencyjnej, pożegnał się uprzejmie
z eskortą policyjną przy Szepczących Drzwiach, które, stanowiąc część wielkich
wrót, dyskretnie i bez oficjalnej zapowiedzi pozwalały wejść do tylnej części
sali audiencyjnej. Bren prześliznął się przez nie i cicho zamknął je za sobą,
żeby nie zakłócać toczących się spotkań.
Bał się, że jest spóźniony. Moni i Taigi wcale nie obudzili
go wcześniej, po prostu pojawili się o zwykłej porze. Nie mieli innych rozkazów,
a widząc straż policyjną przy jego drzwiach, być może bali się zrobić coś
niezwykłego. Bren miał nadzieję, że Tabini nie liczył na nic innego, i ruszył do
biurka recepcjonisty, żeby sprawdzić, kiedy ma posłuchanie.
Był tam Banichi, ubrany w nabijany ćwiekami czarny mundur
osobistej straży aijiego. Zatrzymał go dotknięciem ręki.
- Nadi Bren. Spałeś tej nocy?
- Nie - wyznał i dodał z nadzieją w głosie: - Złapaliście
go?
- Nie, nadi. Była burza. Nie mieliśmy szczęścia.
- Czy Tabini wie, co się stało? - zerknął ku podwyższeniu,
gdzie Tabini - aiji rozmawiał z gubernatorem Brominandim. To jedno z prywatnych
posłuchań dla zaproszonych osób. - Chyba jestem na liście. Czy on chce ze mną
rozmawiać? Co mam mu powiedzieć?
- Prawdę, tylko na osobności. To przecież był jego
pistolet, prawda?
Posłał Banichiemu spojrzenie pełne troski. Jeśli Banichi
wątpi w jego historię, to, w każdym razie, zeszłej nocy nie robił takiego
wrażenia.
- Powiedziałem ci prawdę, Banichi.
- Jestem tego pewien - odparł Banichi, a kiedy Bren chciał
podejść do biurka sekretarza, żeby podać mu swoje nazwisko, Banichi przytrzymał
go za rękaw. - Żadnych formalności.
Banichi skinął głową w kierunku podwyższenia, wciąż
trzymając za rękaw Brena, i podprowadził go do Tabiniego.
Brominandi z prowincji
Entaillan kończył. Brominandi, którego czarne włosy były przetykane siwizną, a
dłonie lśniły od ozdobnych i urzędowych pierścieni, potrafił zanudzić kamień na
śmierć, a stojący tuż obok strażnicy nie znaleźli jeszcze eleganckiego sposobu
na odciągnięcie go na bok.
Tabini przytaknął słowom Brominandiego, skinął głową drugi
raz i w końcu rzekł:
- Przedstawię to radzie. - Brzmiało to bardzo podobnie do
tej okropnej sprawy praw do rzeki Alujis: dwie prowincje z jej górnego biegu
przeciwko trzem prowincjom z dolnego biegu, które wykorzystywały jej wodę do
nawadniania pól. Ten kocioł od pięćdziesięciu lat wrzał, przynosząc kolejne
procesy.
Bren złożył przed sobą dłonie, pochylił głowę i stanął z
Banichim, stając się tak niezauważalny, jak było to możliwe w przypadku
człowieka na dworze atevich.
W końcu Tabini - aiji przyjął od Brominandiego nieuniknioną
petycję (a może kontrpetycję?) - ciężki zwój z licznymi pieczęciami i wstążkami
- którą podał swoim pomocnikom prawnym.
Wtedy Bren zerknął na Tabiniego, który oddał mu spojrzenie.
Był to znak dla niego i Banichiego, żeby weszli na kilka stopni i stanęli przy
fotelu aijiego. Podczas tej przerwy faworyzowani pierwsi petenci mogli krążyć po
sali i plotkować, co wywoływało głuchy pomruk, odbijający się echem od białych i
złoconych ścian.
Tabini powiedział od razu:
- Czy wiesz, kto to był, Brenie? Masz jakiś pomysł?
- Żadnego, aiji - ma, nic. Strzeliłem do niego.
Spudłowałem. Banichi kazał mi mówić, że to on wystrzelił.
Aiji spojrzał ponad jego głową na Banichiego. Zółte oczy
Tabiniego były bardzo jasne, w pewnym oświetleniu niesamowite - przerażające,
kiedy był zły. Teraz jednak nie wydawał się rozgniewany i chyba żadnemu z nich
nie przypisywał winy za to, co zaszło.
Odezwał się Banichi:
- To zapobiegało pytaniom.
- Żadnych pomysłów co do charakteru najścia.
- Włamywacz byłby głupcem. Schadzka...
- Nie - rzekł Bren zaniepokojony tą sugestią, ale Tabini go
znał, wiedział, że stanowi obiekt pewnej ciekawości atewskich kobiet i był to
żart jego kosztem.
- Żadna wielbicielka.
- Nie, aiji - ma. - Żywił co do tego głęboką nadzieję,
zważywszy na krew, którą Jago zauważyła na tarasie tuż przed deszczem.
Tabini dotknął jego ramienia, przepraszając w ten sposób za
brak powagi.
- Nikt tu nie zawiódł. To poważna sprawa. Ja ją traktuję
poważnie. Uważaj na zamki.
- Drzwi do ogrodu są z samego szkła - powiedział Banichi. -
Ich wymiana rzuciłaby się w oczy.
- Przewód nie - rzekł Tabini.
Bren zdenerwował się. Drzwi i okna aijiego mogły mieć takie
śmiercionośne zabezpieczenia. On sam miał w tej sprawie duże zastrzeżenia.
- Dopilnuję tego - powiedział Banichi.
- Mógłbym wejść na przewód - rzekł Bren.
- Ale nie wejdziesz - odparł Tabini i zwrócił się do
Banichiego: - Dopilnuj tego. Jeszcze dziś. Po jednym na każdych drzwiach. Jego
klucz będzie rozbrajał. Zmień zamki.
- Aiji - zaczął Bren.
- Mam dzisiaj długą listę - powiedział Tabini, co znaczyło,
żeby się zamknąć i usiąść, a kiedy Tabini przyjmował w jakiejś sprawie taki ton,
to nie było dyskusji. Zeszli z podwyższenia. Bren zatrzymał się na czwartym
stopniu, na swoim zwykłym miejscu.
- Zostań tu - rzekł Banichi. - Przyniosę ci nowy klucz.
- Banichi, czy ktoś na mnie dybie?
- Na to wygląda, prawda? Wątpię, czy to była kochanka.
- Czy wiesz coś, czego ja nie wiem?
- Wiele rzeczy. Co cię interesuje?
- Moje życie.
- Uważaj na przewód. Ten od ogrodu też będzie się włączał
kluczem. Przesuwam twoje łóżko sprzed drzwi do ogrodu.
- Jest lato. Jest gorąco.
- Wszyscy cierpimy jakieś niewygody.
- Chciałbym, żeby ktoś mi powiedział, co się tu dzieje!
- Nie powinieneś odmawiać damom. Niektóre z nich źle to
przyjmują.
- Nie jesteś poważny.
Nie, Banichi nie był poważny. Banichi znów unikał
odpowiedzi na jego pytania. Banichi, przeklętnik, coś wiedział. Bren stał
zdenerwowany, a Banichi radośnie odszedł, by zamienić jego pokój w śmiertelną
pułapkę: dywaniki przed drzwiami, śmiercionośne przewody zamykające obwód, jeśli
głupi, rozespany człowiek zapomni i rzuci się, by wobec nagłej nawałnicy zamknąć
własne drzwi do ogrodu.
Przestraszył się wydarzeń zeszłej nocy. Teraz był wściekły,
piekielnie zły na zakłócenie jego życia, zmiany w jego mieszkaniu, w jego
swobodzie wychodzenia do miasta - przewidywał straże, ograniczenia, groźby...
bez najmniejszej przyczyny, poza jakimś wariatem, który z jakichś powodów chyba
nie lubi ludzi. To był jedyny wniosek, jaki mu się nasunął.
Usiadł na stopniu, gdzie miał prawo siedzieć paidhi - aiji,
i przysłuchiwał się ostatniej przedaudiencyjnej audiencji, licząc, że może
usłyszy coś, co da mu przynajmniej jakąś wskazówkę, czy istnieje jakiś większy,
bardziej polityczny powód do niepokoju. Jednak to, jak Banichi zdawał się
ukrywać przed nim informacje, oraz milczenie Tabiniego, kiedy Tabini
prawdopodobnie sam coś wiedział, wskazywało raczej na jakiegoś urażonego atevę.
Żaden licencjonowany zabójca nie podpisałby kontraktu na
człowieka, który był bardzo ważną, przewidzianą układem osobistością na dworze
aijiego - osobistością nie mającą prawa noszenia broni, ale mimo wszystko będącą
urzędnikiem dworskim i bliskim znajomym aijiego Patronatu Zachodniego. Żaden
zawodowiec przy zdrowych zmysłach nie podjąłby się czegoś takiego.
Pozostawał jakiś przypadkowy głupiec, który zaatakował go
być może jako symbol, albo wróg wszelkiej techniki. Któż to mógł wiedzieć? Któż
potrafiłby wyśledzić taką rzecz?
Jedyną pocieszającą myślą było to, że jeśli nie był to
licencjonowany zabójca, to napadł go wariat lub jakiś amator, który nie dostał
licencji - ktoś, kto mógł przez przypadek pozabijać niewinne osoby i pod tym
względem był rzeczywiście niebezpieczny.
Lecz Banichi, w przeciwieństwie do większości strażników
aijiego, miał licencję. Z nim się nie zadzierało. Nie zadzierało się też z Jago.
Wczorajszy deszcz był szczęśliwym trafem dla napastnika - który albo liczył, że
deszcz zatrze jego ślady na żwirze i cemencie ogrodowych ścieżek, albo był głupi
i miał szczęście zarazem.
Teraz zabójca nie miał już szczęścia. Szuka go Banichi. A
jeśli mężczyzna ten - zakładając, że był to mężczyzna - zostawił na kwietniku
odcisk stopy lub gdziekolwiek odcisk palca, to znalazł się w dużych kłopotach.
Przede wszystkim nie odważy się pójść do licencjonowanego
lekarza. Na tarasie była krew. Bren miał nadzieję, że utrudnił życie zabójcy,
który najwyraźniej nie spodziewał się takiego przyjęcia. A najbardziej liczył na
to, że - biorąc pod uwagę, iż sprawą zajął się Banichi - życie stanie się na
tyle trudne dla pracodawcy zabójcy, jeśli taki istniał, że wycofa kontrakt.
Otworzyły się drzwi. Strażnicy i mistrzowie ceremonii
wprowadzili tłum, a sekretarz przyjął od Mistrza Ceremonii Dnia olbrzymią stertę
zaopatrzonych we wstążki petycji, oświadczeń i wniosków.
W kontaktach atevich z ludźmi zdarzały się trudne chwile.
Nie można jednak było winić atevich za trzymanie się tradycyjnych procedur - te
sterty dokumentów były doprawdy niewygodne - mimo istnienia zapisów
komputerowych. Tworzyli je sekretarze w foyer.
Prosić jednak atevich o posługiwanie się numerami
obywatelskimi czy numerami spraw? Najpierw trzeba ich przekonać, że przydzielone
im przez komputer osobiste numery są pomyślne i zgodne z ich własnymi
numerologiami. Przekonać ich, że zmiana tych numerów wywołuje chaos i powoduje
utratę zapisów - ponieważ jeśli coś zaczynało się źle dziać, to ateva winił za
to swój numer i żądał jego natychmiastowej zmiany.
Utworzyć kody dla prowincji tylko po to, żeby ułatwić
komputerom klasyfikację? Czy te numery są pomyślne, czy też jest to może jakaś
złośliwa próba dworu aijiego w Shejidan umniejszenia znaczenia i władzy
prowincji?
No i istniała, oczywiście, przerażająca plotka, że
wystukiwanie numerów na klawiaturze powoduje powstawanie nowych numerów w
komputerach, numerów zawierających w sobie nieszczere i niewątpliwie złe
intencje aijiego, spiskującego - oczywiście - z ludźmi, którzy sprowadzili to
zdradzieckie urządzenie na ziemię.
Rzecz jasna, nie wszystko, co ludzie sprowadzili na ziemię,
podlegało klątwie. Atevi uzależnili się od telewizji. Samoloty stawały się coraz
ważniejszym środkiem transportu, traktowanym przez zdeterminowanych mieszkańców
prowincji jako zło konieczne, chociaż po słynnej katastrofie nad mostem na
Weinathi aiji wprowadził na swoich terenach przepis, wedle którego wymagany był
plan lotów.
Dzięki atewskim bogom, że Tabini - aiji był osobą
całkowicie niereligijną.
Petenci wnoszący sprawy przed aijiego mieli jeden obrót
klepsydry, podczas którego musieli streścić całą rzecz. Większość spraw
dotyczyła wsi, niektóre handlu, a kilka projektów robót publicznych - dróg, tam
i mostów, portów i praw do polowania oraz łowienia ryb, które miały związek z
prawami Patronatów zjednoczonych pod wpływami aijiego. Wysuwanie projektów i
opracowywanie szczegółów ich finansowania należało do dwóch izb ustawodawczych,
hasdrawadu i tashridu - aiji nie miał w tym względzie inicjatywy, a jedynie
prawo jej przyjęcia lub odrzucenia. Mimo wszystko bardzo wiele, niewiarygodnie
wiele spraw wciąż wymagało osobistej pieczęci aijiego i osobistego posłuchania.
Na przykład trzeba było zarejestrować dwie waśnie. W jednej
żona stawała przeciwko byłemu mężowi za sprzeniewierzenie jej własności.
- Lepiej udać się z tym do sądu - powiedział otwarcie
Tabini. - Mogłabyś odzyskać pieniądze w ratach z jego przychodu.
- Wolałabym go
zabić - odparła kobieta, a Tabini rzekł:
- Zapisać. - Machnął ręką i przeszedł do następnej sprawy.
Dlatego ludzie woleli swoją enklawę na Mospheirze. Mospheira była wyspą,
znajdowała się pod ludzką administracją, komputery dysponowały tam
niepodważalnymi numerami, a altematywą dla prawa nie była krwawa zemsta.
Oznaczało to jednak, że dla wszystkich sześciu tak zwanych
prowincji i, lekko licząc, trzystu milionów osób znajdujących się pod rządami
aijiego istniał jeden areszt, w którym przebywało zwykle mniej niż pięćdziesiąt
osób oczekujących na proces lub przesłuchanie, których nie można było wypuścić
za kaucją. Istniało kilka szpitali psychiatrycznych dla potrzebujących. Były
cztery więzienia dla jednostek niepoprawnie antyspołecznych takich, które, na
przykład, przejmowały funkcje zabójców we własne ręce po odmowie wydania im
licencji przez Gildię, która zdecydowanie odrzucała nieuzasadnione prośby.
Zdrowi na umyśle, praworządni atevi po prostu unikali
sporów. Rozwody przeprowadzano bez awantur. Starano się nie zrażać sobie ani nie
wprawiać w zakłopotanie naturalnych przeciwników. Dzięki Bogu, atevi w
większości woleli uciekać się do negocjacji lub - jako ostatniego rozsądnego
posunięcia przed zgłoszeniem waśni - do konfliktu niezbrojnego, czego też
należało unikać. Wysocy, silni ludzie i tak byli o ponad głowę niżsi i ważyli o
jedną trzecią mniej niż przeciętni atevi, mężczyźni czy kobiety - i była to
druga przyczyna, dla której ludzie woleli własną jurysdykcję.
Najwyraźniej Bren zdenerwował kogoś, kto nie stosował się
do zasad. Ciągle wracał do tego myślami. Nikt nie zgłosił waśni. Musieliby go
zawiadomić, był to jeden z najsurowszych warunków zgłoszenia, lecz nikt nie
wspomniał choćby o przelotnym rozdrażnieniu wywołanym przez niego - a teraz
Tabini instalował w jego mieszkaniu śmiercionośne zabezpieczenia.
W jego myślach wciąż panował zamęt spowodowany nocnym
incydentem, aż Bren nagle zdał sobie sprawę, że tak właściwie, chodząc po tym
budynku, wcale nie jest bezpieczny. Zawodowi zabójcy unikali rozgłosu i raczej
ukrywali twarze istniały jednak przypadki, gdy noże wysuwały się z anonimowego
tłumu lub zdarzały się "potknięcia" na schodach.
A wielu panów miało w swoim personelu licencjonowanych
zabójców, o których codziennie się ocierał, nawet się nad tym nie zastanawiając
- aż do tej pory.
Starszy mężczyzna przedstawił sześćdziesiątą szóstą sprawę,
która w streszczeniu dotyczyła zaproszenia aijiego na regionalną konferencję
rozwoju miejskiego. Zaproszenie zostało złożone na stertę innych dokumentów
przeznaczonych do archiwum.
Pewnego dnia, powiedział kiedyś samemu aijiemu, a wiedział,
że mówili to też jego poprzednicy, pewnego dnia archiwa zawalą się pod ciężarem
pieczęci, wstążek i papieru wszystkie dziesięć pięter budynku zajmującego cały
kwartał zawali się w chmurze pyłu. To jednak musiała być na razie ostatnia
petycja. Sekretarz nie wywołał już żadnego nazwiska. Jego biurko było puste.
Ale nie, jest coś jeszcze. Tabini wezwał sekretarza, który
przyniósł mu niezwykle ozdobny dokument, obciążony czerwonymi i czarnymi
wstążkami wysokiego rodu.
- Zgłoszenie Zamiaru - nikł Tabini, wstając. Zaskoczył tym
pomocników i zgromadzonych świadków, a sekretarz uniósł dokument i odczytał:
- Tabini - aiji przeciwko nieznanym osobom, które, nie
zgłosiwszy Zamiaru, zakłóciły pokój mego domu i sprowadziły zagrożenie na osobę
paidhi - aijiego, Brena Camerona. Jeśli, licząc od tej chwili, jakikolwiek gość
lub osoba z mojego otoczenia dozna jakiejkolwiek krzywdy od tej osoby lub
jakichkolwiek innych osób chcących wyrządzić krzywdę rzeczonemu paidhi -
aijiemu, osobiście oznajmiam Zamiar zgłoszenia waśni, z powodu zagrożenia
bezpieczeństwa osób znajdujących się pod moim dachem, Banichiemu z miasta
Dajoshu w prowincji Talidi jako mojemu zarejestrowanemu i licencjonowanemu
reprezentantowi. Ogłaszam to i umieszczam w publicznych rejestrach wraz ze
stemplami, podpisami i pieczęciami.
Bren był wstrząśnięty. Czuł, że zwraca na siebie powszechną
uwagę: wszyscy odwracali głowy i cicho komentowali słowa Tabini - aijiego, który
zszedł z podwyższenia i, przechodząc obok Brena, powiedział:
- Bądź ostrożny, nadi Bren.
- Aiji - ma - mruknął Bren i złożył głęboki ukłon, starając
się ukryć oszołomienie. Audiencja była skończona. Jago wraz z oddziałem
dworskiej i osobistej straży szybko dołączyła do Tabiniego, który zdążał do
bocznych drzwi i wewnętrznych korytarzy, zostawiając za sobą wycięty w tłumie
pas wolnej przestrzeni.
Bren też ruszył do wyjścia, bojąc się drogi przez
korytarze, zastanawiając się, czy w tej sali jest może jego niedoszły zabójca
lub jego zleceniodawca i czy na zewnątrz wciąż na niego czeka policyjna eskorta.
Na jego drodze stanął jednak Banichi, który odprowadził go
przez Szepczące Drzwi do sal publicznych.
- Tabini ogłosił Zamiar - odezwał się do Banichiego,
zastanawiając się, czy Banichi wiedział, co planuje Tabini.
- Nie jestem zaskoczony - odparł Banichi.
- Powinienem odlecieć następnym samolotem na Mospheirę.
-
Niezwykle głupie posunięcie.
- Mamy odmienne prawa. A na Mospheirze ateva będzie się
wyróżniał. Znajdź mi zabójcę w tym tłumie.
- Nawet nie wiesz, czy to był ktoś z nas.
- No to był to, cholera, najpotężniej zbudowany człowiek,
jakiego widziałem w życiu. Wybacz mi. - Jeśli było się paidhi - aijim, to się
nie przeklinało, przynajmniej w miejscu publicznym. - To nie był człowiek. Ja to
wiem.
- Wiesz, kto przyszedł do twojego pokoju. Nie wiesz
jednak, kto mógł go wynająć. Jak paidhi zdaje sobie sprawę, na Mospheirze
istnieje szmugiel. Powiązania, o których istnieniu nie wiemy, stanowią bardzo
niebezpieczną możliwość.
Język atevich miał zaimki osobowe nie określające płci. Ten
oznaczał jego lub ją. A politycy i personel aijiego używali tego zaimka bardzo
często.
- Wiem, gdzie będę bezpieczniejszy.
- Tabini potrzebuje cię tutaj.
- Po co? - To, że aiji podejmował jakieś nierutynowe
działania, było dla niego nowością. O niczym nie słyszał. Banichi mówił mu coś,
o czym nie wspomniał nikt inny.
A kilka tygodni temu Tabini uległ bezprecedensowemu
kaprysowi, by go uzbroić i udzielić mu dwugodzinnej prywatnej lekcji w swojej
prywatnej posiadłości. Żartowali, strzelali do arbuzów na tyczkach i razem
zjedli kolację. Tabini miał dość czasu, by go ostrzec, gdyby szykowało się coś
jeszcze, oprócz rutynowych narad i posiedzeń komitetów, co dotyczyłoby
paidhiego.
Skręcili za róg. Banichi, co nie umknęło uwagi Brena, nie
zauważył jego pytania. Wyszli na kolumnadę, mając za sobą jasne, równe mury
starożytnego Bu - javid. Ruch na schodach odbywał się teraz w przeciwnym
kierunku - na dół. Atevi, którzy zgłosili się na posłuchanie, otrzymali numerki
i aiji będzie ich przyjmował w ustalonym porządku.
Kiedy jednak weszli w pusty korytarz prowadzący do
apartamentów przy ogrodzie, Banichi dał mu dwa klucze.
- To są jedyne dobre klucze - rzekł. - Bądź uprzejmy nie
pomieszać ich ze starymi. Stare otwierają i zamykają drzwi. Tylko że nie
wyłączają przewodów.
Spojrzał na Banichiego z niepokojem - czego Banichi także
zdawał się nie zauważać.
- Nie możecie po prostu przestraszyć drania? To nie
zawodowiec. Nie było zgłoszenia...
- Działam w ramach mojej licencji - odparł Banichi. -
Zamiar został zgłoszony. Przecież sam to powiedziałeś. Napastnik byłby bardzo
głupi, gdyby znów czegoś spróbował.
Bren poczuł mdłości.
- Banichi, do cholery...
- Zawiadomiłem służbę. Odtąd uczciwi i mądrzy służący,
zdolni do służby w tym domu, będą prosić o wpuszczenie do środka. Teraz twoje
mieszkanie nie różni się od mojego. Ani Jago. Sam zmieniam sobie pościel.
Mimo że znał Jago i Banichiego, nie miał pojęcia o
niebezpieczeństwach w ich mieszkaniach. Miało to sens, jeśli chodziło o nich czy
Tabiniego. W jego przypadku nie.
- Ufam - nikł Banichi - że nie rozdawałeś zapasowych
kluczy. Żadnych dam. Żadnych... hrrunm... innych kontaktów. Chyba nie uprawiasz
hazardu?
- Nie! - Banichi go znał, wiedział, że na Mospheirze
utrzymuje kontakty z kobietami nie stroniącymi od tego, co Banichi nazwałby nocą
jednej świecy. Poza tym paidhi - aiji nie miał czasu na życie towarzyskie. Ani
na długie romantyczne manewry czy zranione uczucia, długie powitania czy
pożegnania a nade wszystko nie miał czasu na to, by kupczyć wpływami czy dawać
sobie wmówić to czy tamto. Jego znajome nie zadawały pytań. Ani nie chciały nic
więcej niż bukiet kwiatów, telefon i wieczór w teatrze.
- Po prostu uważaj, jeżeli dałeś komuś klucze.
- Nie jestem takim głupcem.
- Takich głupców jest pełno w Bu - javid. Miałem ostrą
rozmowę z aijim.
Dać atevim jakąś technologię, a czasami złożą elementy
inaczej, niż zrobili to ludzie w toku swojej historii - na podstawie własnej
struktury społecznej wynalazcy łączyli pojęcia w nieoczekiwany i nigdy nie
zamierzony przez ludzi sposób, czy to pod względem skutków społecznych, czy
konsekwencji technicznych. Jednym z takich przykładów był przewód. Wziąwszy pod
uwagę atewski pociąg do wynalazków związanych z ochroną osobistą oraz fakt, że
atewskie prawo nie zakazuje śmiercionośnych urządzeń, można by zapytać, jak
dalece przekształcili inne urządzenia i w jakich nie ujawnianych celach je
wykorzystywali.
Paidhi starał się to wszystko wyprzedzać. Paidhi starał się
być na bieżąco, jeśli chodzi o każdą technologię i każdy termin techniczny w
znanym wszechświecie, ale różne drobiazgi stale mu umykały i proces ucieczki
wiedzy, przetasowywania elementów w urządzenia pozostające całkowicie poza
ludzką kontrolą odbywał się coraz szybciej.
Co jednak najważniejsze, atevi nie byli niezdolni do
dokonywania odkryć technologicznych na własną rękę... i bez żadnych skrupułów
oraz z dużą dozą ostrożności utrzymywali je w tajemnicy. Nie byli komunikatywną
rasą.
Doszli do drzwi. Bren posłużył się kluczem, który dał mu
Banichi. Drzwi otworzyły się. Nie było widać ani dywanika, ani przewodu.
- Na wysokości kostek i czarny - rzekł Banichi. - Teraz
jednak jest opuszczony i nieuzbrojony. Użyłeś właściwego klucza.
- Twojego klucza. - Nie lubił żartów Banichiego. - Nie
widzę dywanika.
- Pod dywanem. Nie chodź po nim boso. Polałaby się krew.
Przewód jest w odległości małego kroku od drzwi. Kiedy jest wyłączony, możesz po
nim chodzić. Tylko też nie rób tego na bosaka.
Ledwo go widział. Przeszedł po dywaniku. Banichi został po
jego przeciwnej stronie.
- Przebija przez izolację - rzekł Banichi. - I przez skórę
butów, paidhi - ji, jeżeli jest włączony. Nie dotykaj go, nawet kiedy jest
wyłączony. Zamykaj drzwi na klucz i nie wałęsaj się po korytarzach.
- Dziś po południu mam spotkanie rady do spraw energii.
-
Zapewne zechcesz zmienić kaftan, nadi. Zaczekaj tu na Jago. Ona cię odprowadzi.
- O co tu chodzi? Mam wszędzie chodzić z eskortą? Czy ma
się na mnie rzucić minister robót? Zaatakować dyrektor administracji wodnej?
- Ostrożność, ostrożność, nadi Bren. Jago stanowi dowcipne
towarzystwo. Fascynują ją twoje brązowe włosy.
Bren był oburzony.
- Ciebie to bawi. Nie ma w tym nic śmiesznego, Banichi.
- Wybacz mi. - Banichi zachowywał niezmienną powagę. -
Wczuj się jednak w jej nastrój. Eskortowanie to takie cholernie nudne zajęcie.
następny |